Janusza i jego żonę, Jagę, poznałem w Kathmandu. Po paru tygodniach, zupełnie przypadkowo, okazało się, że mieszkamy w tym samym hotelu w New Delhi. Byłem wówczas w strzępach, dosłownie. Wyskoczyłem z jadącego pociągu, aby dopaść złodzieja, który ukradł mi torbę z najcenniejszymi rzeczami. Przyjaźń z Jagą i Januszem trwała ponad 25 lat, do śmierci Janusza. Z Jagą nadal się przyjaźnimy.

 

Janusz Mączka – Ballada o Januszu

 

Janusz Mączka, Pamir, Źródło: Archiwum rodzinne

 

Wytyczył ponad 100 nowych, własnych, tras i przejść. W Tatrach, Kaukazie, Hindukuszu, Pamirze i na alpejski Mt. Blanc. Był uczestnikiem pierwszego w dziejach światowego himalaizmu zimowego wejścia na Mt. Everest. Tylko w jednym tomie fundamentalnego przewodnika po Tatrach Władysława Cywińskiego, „Mięguszowieckie szczyty” jego nazwisko jest przywoływane 19 razy. Każdorazowo w kontekście utrwalonej nazwy trasy: „Prawy Mączka”, „Lewy Mączka”, „Mączka Pośredni”.

 

ŚMIERĆ JAK SZCZEPIONKA

Janusz Mączka wszedł w ścisłe środowisko taterników przedwcześnie. Miał 16 lat, gdy dostąpił zwyczajowego prawa zwracania się do wytrawnych taterników po imieniu. Ale musiał ukrywać swój wiek. W połowie lat 60. wyczynową wspinaczkę mogła uprawiać tylko osoba pełnoletnia. Z tego powodu dwa lata oczekiwał na formalne przyjęcie do Tatrzańskiej Grupy GOPR. Michał Jagiełło jednak do formalistów nie należał i przyjął do Grupy doceniając brawurową perfekcję Janusza, z jaką samodzielnie podjął akcję ratunkową:

- Schodziłem z Żabiej Turni Mięguszowieckiej. Moim wyposażeniem były trzy cukierki, czekan i lina. W okolicach Czarnego Stawu dowiedziałem się o wypadku. Domyśliłem się w jakim miejscu mogło do niego dojść. Ruszyłem do góry, poręczując podejście. Skorzystali z niego Goprowcy, którzy dotarli tam wkrótce za mną.

Niestety. Dotarli do ciała ofiary.

- Patrzyłem na leżącego młodego człowieka i nie docierała do mnie prawda o zdarzeniu. Pytałem naiwnie sam siebie: „Dlaczego on zabrał do plecaka sok pomidorowy?”

To było pierwsze zetknięcie się ze śmiercią w górach. Takie bliskie, niemal dotykalne. Mówi, że zadziałało na niego jak szczepionka, która pozbawiła śmierć w górach wszelkiego patosu, mistyki a nawet refleksji. Niedługo potem prasa „zaszczepiła” rodzinę Janusza wymieniając jego nazwisko wśród ofiar lawiny w Kotle Kazalnicy. Dopiero po paru dniach objawił się jako żywa pomyłka prasowej notatki.

Rozmawialiśmy o śmierci w górach wiele razy. Zwykle to Janusz prowokował moje pytania, kiedy do wymienianych nazwisk swoich przyjaciół i partnerów we wspinaczce, dodawał:

Zygmunt A. Heinrich – „zginął w lawinie podczas zejścia z Everestu“

Halina Krüger-Syrokomska – „zginęła na K2”

Dobrosława Miodowicz „Mrówka” – „moja wychowanka od pierwszej wspinaczki w podkrakowskich Skałkach, zmarła na K2 próbując ratować umierających uczestników międzynarodowej wyprawy”

Jerzy Kukuczka – „spadł z wysokości trzech kilometrów”

Alison, żona Janusza Onyszkiewicza – „zginęła na Annapurnie”

Wojciech Wróż – „nie żyje, upadł podobnie jak Kukuczka”

Eugeniusz Chrobak – „zginął”

Lista tych nazwisk jest obszerna. Jak cmentarz. Janusz porusza się po nim bez trwogi:

- Śmierć, trwałe kalectwo jest ceną, jaką czasami należy zapłacić za uprawianie tego sportu. Znam wiele osób, które po uświadomieniu sobie tej ceny rezygnowały ze wspinaczki. Nawet z trekkingowych wejść w góry. Rozumiem ich, ale rozumiem także tych, którzy za każdą cenę gotowi są zdobyć własną, ekstremalnie trudną, drogą wysoki szczyt.

- Po co?

- Bo jest.

 

ŚMIERĆ JAK CISZA WŚRÓD ZGIEŁKU

W latach 70. nie było dobrych map. Ale był fenomenalny kartograf. Jerzy Wala z Krakowa. W kuchni swojego mieszkania na osiedlu Ugorek ręcznie sporządzał mapy Hindukuszu, Pamiru i innych masywów górskich, o które upominali się najwybitniejsi alpiniści z całego świata. Zresztą to oni przysyłali Wali swoje szkice i zdjęcia z opisami. Tak powstawały mapy, „które nigdy nie miały najmniejszego błędu”. Janusz, z wykształcenia geograf, skrupulatnie rysował każdą drogę swoich wejść. Po zakończonej wyprawie szkice przenosił na kalki, które trafiały do Wali, by potem, w postaci fotokopii, znaleźć się w plecakach uczestników wypraw. Jerzy Wala nigdy, w żadnej wyprawie, nie wziął udziału...

Był rok 1974. Wyprawą na Pik Komunizma (dziś nazwy są zmienione na tadżyckie, uzbeckie). W Pamirze wyprawą kierował Janusz Onyszkiewicz, jedną z uczestniczek była Wanda Rutkiewicz. Z polską grupą współpracowała Uzbecka Federacja Wysokogórska mająca do dyspozycji śmigłowce Mi-15 transportujące ekipę do bazy.

- Zamiast drzwi i okien była siatka ze sznurka, aby maszyny były lżejsze. – Opowiadał Janusz – Zaraz po starcie ze skalnego uskoku następowało gwałtowne przypadnięcie helikoptera, co fundowało nam stan nieważkości. Nad rzeką pilot upuszczał paliwo ponieważ musiał wznieść śmigłowiec sporo ponad pułap dopuszczalnej wysokości. Pod nami szczyty, granie i przełęcze. Naliczyliśmy kilkanaście leżących tam wraków helikopterów.

Pik Komunizma atakowało kilka mniejszych grup. Ludwik Musiał ścianą południową, Janusz północną.

- Wchodzisz na szczyt a tam mnóstwo rupieci: chorągiewki, różnego formatu, starannie odlane z metalu godła ZSRR i wiele innych przedmiotów pozostawionych w celu uczczenia czegoś. Moją uwagę zwróciła wykonana ze stali nierdzewnej, trzydziestocentymetrowa, rakieta przypominająca trochę pocisk artyleryjski. Wygrawerowany napis głosił, że wewnątrz zawiera odezwę Komsomołu do przyszłych pokoleń. Odkręciłem głowicę, ale żadnej odezwy tam nie było. Zejście było dramatyczne. Z niewielkiej wysokości upadła studentka z Warszawy, Ewa Czarniecka-Marczak, której mąż wchodził z Ludwikiem Musiałem od strony południowej. Pochowaliśmy ją w szczelinie pod wierzchołkiem.

 

15 SEKUND DO ZMARTWYCHWSTANIA

Miał 22 lata, kiedy dostąpił zaszczytu uczestniczenia w wyprawie na Mount Blanc. Docenił to: w 1971 roku wytyczył, wskazywaną dziś w przewodnikach, nową trasę na szczyt. Ale doświadczył jeszcze czegoś: podczas jednego z wejść przeżył własną śmierć.

- Wojtek Wróż wspinał się pierwszy, za nim szedł Rysiek Kowalewski, ja na trzeciego, jako kotwica. Od ściany odpadł Wróż. Pociągnął Ryśka. Obaj mnie dosłownie wyszarpnęli ze skały. Spadaliśmy kilkadziesiąt metrów. Czułem jak odbijam się co chwila od ściany, ale jakoś dziwnie miękko. Nagle cisza i bezruch. Chyba pomyślałem, że nie żyję.

Mówi, że to mogło trwać 15 sekund. Kiedy otworzył oczy najpierw zobaczył, że plecak okręcił się dookoła ręki. Pomyślał, że właśnie to mogło go uratować. Potem spostrzegł jak podnosi się Wróż i usłyszał jęk Kowlewskiego, który z upadku wyszedł najbardziej poszkodowany. Stopę miał wykręconą całkowicie w drugą stronę, ale nie mówił, że go boli, tylko o tym, że nie będzie mógł wrócić do domu, „bo się wyda”. Był dwa tygodnie po ślubie...

Musieli podejść kilka kilometrów do lodowca. Stąd zabrał ich helikopter ratowniczy Żandarmerii francuskiej. Niemcy, którzy dokładnie obserwowali ten wypadek, wezwali pomoc.

 

***

Janusz Mączka należący do ścisłej elity himalaistów, znany w środowiskach kwalifikowanych podróżników penetrator Afganistanu, Indii, Nepalu, Tybetu oraz wielu innych krajów Azji Południowo-Wschodniej i Afryki przez wiele lat zmagał się z ciężką chorobą. Wiedział, że już nigdy nie pójdzie w góry. Nigdy nie zorganizuje wyprawy. Nie poddawał się chorobie. Skatalogował swoje bogate zbiory fotografii, dokumentów, przywożonych przez wiele lat dzieł sztuki i pamiątek. Pomagał socjologom w badaniach naukowych nad wpływem podróży na zmianę tożsamości człowieka.

 

 

© 2016 Jacek Waloch | design: Nu Graphics