Foto: J. Mirecki,
Źródło: Archiwum J. Kukuczki

Jerzy Kukuczka – Bez asekuracji

 

 

WYŚCIG DWÓCH POTĘG

Trzymam wizytówkę z zaszyfrowanym skrótem „Cav. Comm. Gr. Uff” i nazwiskiem „Reinhold Messner” pod, którym widnieje tylko jedno słowo „Bauer” (chłop, wieśniak), nazwa miejsca zamieszkania „Juval” i numer telefonu. Jerzy Kukuczka wymusza na mnie przysięgę, że pozostanie anonimowy. I argumentuje:

- Messner by mi tego nie darował. Jest chorobliwie uczulony na punkcie swojej prywatności i dyskrecji.

Przysięgam.

Nazwy Juval próżno szukać na dokładnych nawet mapach (dziś nawet Mapy Google nie wskazałyby lokalizacji). Pochodzi od nazwy zamku, którego właścicielem jest

- Jeden z najwybitniejszych himalaistów wszechczasów. – Jak mówi o Messnerze Jerzy Kukuczka. – Zawsze łączę się telefonicznie przez miejscowość Merano w Alpach włoskich w pobliżu granicy z Austrią i Szwajcarią. Połączenie z zamkiem graniczy z cudem.

Ów cud na Messnerze nie zrobił żadnego wrażenia. Dzwonił już do niego jeden Polak. Wybitny publicysta i komentator. Kukuczka nazwiska nie ujawnia. Telefonujący publicysta dowiedział się, że Messner nie ma nic do powiedzenia na temat Kukuczki. O wszystkim, co dotyczy Kukuczki napisał w swojej ostatniej książce. Opinię o polskich himalaistach komentator może przeczytać w jego artykule opublikowanym w jednym z amerykańskich periodyków. O tym, że Kukuczka wszedł na ostatni, czternasty ośmiotysięcznik dowiedział się z depeszy, którą przysłał mu przyjaciel z Nepalu. Wysłał gratulacje do Katowic. Nie ma nic więcej do powiedzenia. Wywiadów nie udziela. Przeprasza. W słuchawce zapada cisza.

U Kukuczki w mieszkaniu na Ligocie w Katowicach głośno. Wataha dzieciaków przyszła po autografy.

Przed dwiema godzinami wyszedł ze szpitala, gdzie stwierdzono, że zaatakowała go ameba. Jeszcze się nie oswoił z myślą, że jest w domu, a już musi przyzwyczajać się do myśli, że za parę godzin będą razem z żoną Celiną siedzieć w samolocie do Zurichu.

- Szkoda, że jednak nie wyszła podróż pociągiem. Przynajmniej kawałek Szwajcarii bym zobaczyła – żona nie może darować przyjaciołom, że stając na głowie załatwili rezerwację na samolot.

- Ale góry zobaczysz z góry. – Jurkowi udaje się mimo woli udaje się przebić żonę kalamburem.

W trakcie naszej rozmowy telefon zadzwonił osiemnaście razy, w tym kilka rozmów międzynarodowych. Tak jest codziennie od momentu, kiedy zszedł z Shisha Pangma i światowe agencje podały, że Jerzy Kukuczka jest drugim człowiekiem, który stał na wszystkich, najwyższych szczytach świata.

Jest drugi, czyli przegrał wyścig z Messnerem? Nie uważa tego pytania za drażliwe.

- Od samego początku wiedziałem, że nie mam szans wygrać z Messnerem. Musiałbym chyba trzymać go pod strażą w jego zamku. Kiedy w czasie spotkań we Włoszech zobaczyłem jakie pieniądze, jacy i ilu sponsorów stoi za Messnerem zdałem sobie sprawę, że nie mam żadnych szans. Wszystkim protektorom Messnera zależało, żeby to właśnie on był pierwszym na świecie zdobywcą wszystkich czternastu ośmiotysięczników. Wiedząc o tym, postanowiłem sobie: „Owszem, wejdę, ale własnymi drogami”.

Jest i druga prawda: Reinhold Messner wcale nie był niczego pewien, bo w górach pewni siebie mogą być tylko żółtodzioby albo głupcy.

Kukuczka stanowił całkiem realne zagrożenie. Bo to nie był wyścig o pierwszeństwo, to był wyścig dwóch potęg, dwóch facetów o odporności stali.

Messner - pierwsze w historii himalaizmu samotne wejście na ośmiotysięcznik, pierwsze samotne, wejście na Everest bez użycia tlenu.

Kukuczka: nowa droga na Everest, nowa droga na K2, w sumie dziewięć ośmiotysięczników zdobytych nowymi drogami albo wejściami zimowymi w stylu alpejskim, na szesnaście wy-praw, czternaście uwieńczonych pełnym sukcesem. Czternaście „dróg Kukuczki” naniesionych na mapy Himalajów i Karakorum.

Dlatego właśnie Messner musiał się spieszyć. Wszystkie ostatnie wejścia jak mówi Kukuczka

- Zrobił na zasadzie, żeby tylko zaliczyć. Drogami klasycznymi, drogami pierwszych zdobywców. To nie ujma. Taka była konieczność, żeby sprostać żądaniom sponsorów.

To nie kurtuazja ze strony Messnera, kiedy pisze w depeszy gratulacyjnej: „Nie jesteś drugi. Jesteś wielki”.

To inteligencja: wie, że Kukuczka nie został w tyle, Kukuczka wszedł inaczej. Kiedy rzeźnik ze Szwajcarii, Marcel Ruedi, który wszedł już na dziewięć szczytów ośmiotysięcznych, zejdzie z czternastego. Messner i Kukuczka napiszą: „nie jesteś trzeci”.

 

ZŁAPAŁEM SKALĘ

- Był mglisty wrześniowy poranek, kiedy do plecaka wrzucałem jakieś konserwy, menażkę i sznurowałem wypróbowane w Beskidach pionierki byłem wściekły na siebie, że dałem się namówić koledze na ten wyjazd. Kiedy znaleźliśmy się w Skałkach, zobaczyłem jak inni przygotowują sprzęt - jakieś liny, jakieś haki, czekany. Po cholerę to wszystko? Mogłem teraz być na rajdzie w Beskidach. Ale złapałem skalę i poczułem, że da się wejść, że można się wspiąć po pionowej skale. Fascynacja była tak wielka, że od tej soboty nie opuściłem ani jednego wyjazdu w Jurę Krakowsko-Częstochowską. To był rok 1965, miałem szesnaście lat. Potem przyszła pora na Tatry. Z doświadczenia wyniesionymi z Tatr pojechałem w Dolomity, później w Alpy. Następnie była Alaska i Hindukuszu. Coraz wyżej i wyżej.

Nazwisko Jerzego Kukuczki figurowało w programie działalności Polskiego Związku Alpinizmu jako osobny punkt w preliminarzu, który brzmi: „Program indywidualny”, kreska, dwa miliony złotych (liczonych w latach 90.). Oprócz niego tylko dwie osoby dostępowały tego zaszczytu: Wanda Rutkiewicz i Wojciech Kurtyka. Obojętnie co wymyślą te pieniądze otrzymują „w ciemno”. Ale w przypadku Kukuczki nie zawsze tak było... Mówi prezes PZA, Andrzej Paczkowski, współautor wielu znaczących w literaturze alpinistycznej książek, na co dzień historyk, pracownik naukowy PAN:

- Dziś powiem o nim „mały wielki człowiek”. Niewysoki, skromny. Przy swoim niesłychanym uporze i odporności na przeciwności losu, przy niebywałej sile woli nie pogubił spraw zwykłych, codziennych. Często zastanawiam się, kiedy przyszedł ten moment, w którym poczuł się człowiekiem wielkiego świata. Myślę, że stało się to od chwili, kiedy zaczął się wspinać z Wojtkiem Kurtyką. Wtedy obudziła się w Jurku ambicja. Bo przecież początki miał ciężkie. Pierwsze wyprawy były nieudane. Nie dochodził do szczytów. Nie błysnął od razu. Potrzebował rozbiegu.

Byłbym zdziwiony, gdybym nie spotkał kogoś, kto ma ochotę wrzucić łyżkę dziegciu do tej beczki z pochwałami. Nazwisko nieważne, ważniejszy dziegć: „Co to za wyczyn, skoro tylko specyficzny skład krwi przesądza o sukcesie Kukuczki, a nie on jako człowiek. Wszystkie badania potwierdzają, że tylko fantastyczna krew pozwala mu szybko się aklimatyzować, wyzbywać stresów, koncentrować. To jest do sprawdzenia. I ktoś powinien o tym wreszcie napisać”.

Sprawdziłem i piszę: takie badania można zrobić w Szwajcarii. I zostały wykonane. Mówiła o nich Wanda Rutkiewicz, niekwestionowana legenda światowego alpinizmu:

- Badania w klinice uniwersyteckiej w Zurichu, którym poddani byliśmy we trójkę, Jurek, Krzysztof Wielicki i ja, a które przy okazji innych badań mogły stwierdzić lub wykluczyć szczególne predyspozycje Jurka do działania w warunkach niedotlenienia, nie wskazywały na większe różnice w stosunku do innych wyników u wcześniej badanych alpinistów. Różnice występowały w zdolności absorpcji tlenu przez organizm, ale były maratończyk miał lepsze wyniki od Jurka.

Kukuczka nie rozumie powodu, dla którego miałby się jakoś szczególnie ustosunkowywać do komentarzy rodem z „polskiego piekła”. Stwierdza po prostu:

- Moje możliwości fizyczne są na średnim poziomie. Wiele osób ma znacznie lepsze. Może tylko jestem trochę bardziej konsekwentny i uparty niż inni. Bardzo nie lubię przegrywać w górach, więc nawet wówczas, gdy inni mieli już wszystkiego dość i twierdzili, że nie ma najmniejszych szans na powodzenie, starałem się wyczekać choćby jeszcze jeden dzień o byle misce ryżu, żeby tylko doczekać odpowiedniej pogody. I jakoś się udawało. Do tej pory.

Wysokie góry kojarzą się przede wszystkim z niebezpieczeństwem, zagrożeniem, z ekstremalnymi sytuacjami, w których od człowieka nic nie zależy, gdyż o jego życiu przesądza ślepy los. To prawda. Ale tylko jedna. Prawd o wysokich górach jest więcej.

Inna prawda o górach mówi o przełamywaniu barier psychicznych. Dopóki Polacy: Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki nie stanęli zimą na szczycie Everestu fachowcy uznawali za pewnik, że jest to niemożliwe. Dopóki Messner nie zdobył solo ośmiotysięcznika nikt nie dopuszczał myśli, że jest to osiągalne. Dopóki tenże Messner nie wszedł bez tlenu na Everest, pomysł taki traktowano jak szaleństwo.

Kukuczka nie wątpliwości:

- Wspinaczka, to bardziej walka z własnymi słabościami niż z górą, bardziej z własnym lękiem i strachem niż ze skalą lodem.

Kukuczka wie co mówi. Wejście na wszystkie ośmiotysięczniki zajęto mu osiem lat z tych ośmiu lat sześć spędził w górach, dwa w domu. Dlatego dobrze zna codzienność w górach. A codzienność tam to ustawiczne tkwienie w sytuacjach niejasnych, zawikłanych. nieokreślonych, niejednoznacznych. To ciągłe dylematy i alternatywy,

Krążą legendy o niesłychanym farcie Kukuczki. Jeden z przykładów wskazała Wanda Rutkiewicz:

- W trakcie zimowej wyprawy na Annapurnę zakładaliśmy obóz trzeci. Droga podejścia prowadziła wielkim lodowym kuluarem, formacją szczególnie niebezpieczną z powodu lawin śnieżnych. Rozstawiliśmy już namioty w bezpiecznym miejscu poza kuluarem, pod osłoną wielkiego seraka lodu. Jurek znajdował się jeszcze w kuluarze, poszukiwał lepszego jego zdaniem miejsca na obóz. W końcu zrezygnował i przyszedł do nas. W pięć minut później kuluarem zleciała lawina.

Idzie się granią – obrazuje Kukuczka – przecież wie się dobrze, że w każdej chwili można wejść na nawis śnieżny, wiadomo, że wówczas pozostaje tylko pół kilometra spadania. Niektórym kolegom zabrakło fartu.

Czy łatwo żyć ze świadomością, że z którejś wyprawy można po prostu nie wrócić? Odpowiada:

- Nie dopuszczam takiej myśli.

A przecież bywał w sytuacjach kiedy śmierć zaglądała mu w oczy. Odpowiada:

- Było ich kilka. Staram się o nich nie pamiętać. To obrona psychiki. Nie chcę pamiętać tragicznych momentów. Wolałbym je na zawsze, skutecznie wyprzeć z pamięci, choć zapomnieć jest trudno.

Chciałby zapomnieć np. rok 1985. W ciągu jednego sezonu zrobił dwa pierwsze zimowe wejścia na Dhaulagiri i Cho-oyu. Na Dhaulagiri wspinał się w stylu alpejskim z Andrzejem Czokiem. W czasie zejścia zastała ich noc. Byli zmuszeni zabiwakować, a przetrzymanie nocy na wysokości 7700 m bez żadnego sprzętu biwakowego jest po prostu wielką loterią. Temperatura spada poniżej 40 stopni. Wieją silne wiatry, które są „stokroć bardziej dokuczliwe niż mróz”. Można pozostać na zawsze. Dlatego o sukcesie alpinisty mówi się wówczas, gdy doniesie go do bazy. Niestety nie wszystkim się to udaje. Cichy i Wielicki w trakcie zejścia z Everestu po zimowym szturmie „spotkali” siedzącą w śniegu sylwetkę. Były to zwłoki Hannelore Schamtz, której starczyło sił tylko do tego miejsca, gdzie usiadła. I pozostała na zawsze.

- Oczywiście wiedziałem o tych wszystkich przypadkach, ale na Dhaulagiri nie mieliśmy innego wyjścia. Była noc. Ciemności potęgują niebezpieczeństwo. Należało więc postawić sprawę zdecydowanie: albo przetrzymamy, albo nie. Następnego dnia, nieco niżej, sytuacja powtórzyła się: nocą byliśmy zmuszeni przystąpić do walki z mrozem bez sprzętu biwakowego. Kiedy później dobrnęliśmy do namiotu i wydawało się, że największe niebezpieczeństwo zostało zażegnane znaleźliśmy się pod lawiną... wraz z całym namiotem. Groźniejsza sytuacja była podczas zejścia z Cho-oyu. Schodziliśmy z Zygą Heinrichem związani liną w całkowitych ciemnościach. Luz był dość duży. W pewnym momencie zorientowałem się, że nagle zrobiło się bardzo stromo. Straciłem grunt pod nogami, szukałem jakiegoś miejsca zaczepienia stopy. Wtedy puścił rak. Poleciałem w dół. Miałem wielkie szczęście. Spadłem na niewielką półkę skalną jakieś dwanaście metrów niżej. Zyga nawet tego nie poczuł. Ta półka mnie uratowała: wisiała nad kilkusetmetrową przepaścią.

 

W OGÓLE SIĘ NIE MYŚLI

O czym się myśli w takich sytuacjach?

- W ogóle się nie myśli. Nie ma czasu na myślenie. Musisz mieć wykształcone odruchy, bo tylko odruchy mogą cię uratować.

Odruchy, metoda, praktyka – to słowa-klucze w rozmowach z himalaistami. Pasują do wielu problemów. Krzysztof Wielicki nie ukrywał, że najniebezpieczniejszy odcinek Ice Fall pod Everestem pokonywał własną, złą – jak przyznał – metodą: chwilę odpoczywał, zbierał siły i „dawał na gaz” licząc, że akurat w tym momencie nic nie będzie się sypało z seraków.

Jaka może być inna metoda?

Można iść i uważnie patrzeć w górę czy coś nie leci. I co z tego, jeśli zobaczy się moment, w którym odrywają się bryty lodu, kiedy nie ma odzie się schronić?

- Oczywiście wiele zależy od szczęścia, ale to szczęście trzeba mozolnie wypracowywać -konkluduje Kukuczka.

Kpina?

- Skądże Wiele zależy od doświadczenia. Jeśli przez lata obserwuje się góry w różnych porach, jeśli zrobiło się setki, tysiące różnych dróg, jeżeli po raz dziesiąty, dwudziesty jest się na dużych wysokościach, to wtedy łatwiej o szczęśliwy fart…

Odruchy, metoda, praktyka - to zawężenie pola świadomości, ograniczenie tego, co dla laika w alpinizmie najważniejsze: przeżycia, emocji, doznania estetycznego. Koncentracja, napięta uwaga, krok za krokiem w górę, technika wspinania potrzebna po to, żeby wykluczyć błąd, żeby wejść. Nie po to, żeby doznać olśnienia i potem opisać chmury na wysokości 7000 metrów. Na przykład:

- To niezupełnie tak. Bez emocji wszystko przestałoby mieć jakikolwiek sens. To emocje wyzwalają to parcie w górę, tę łapczywość, z jaką pochłania się metr za metrem. Co, jeśli nie emocje, powoduje, że masz porachunki z górą?

Czy miał takie?

- Z K2. Raz próbowałem – nie wyszło, wprawdzie wyprawa zakończyła się sukcesem, bo weszliśmy na Broad Peak, ale z powodu warunków atmosferycznych K2 nie dopuściła nas do siebie. Drugi raz próbowałem, ale walka z K2 skończyła się w urzędach Ministerstwa Turystyki w Islamabadzie, które nie dało nam zgody na atak. Bywają sezony, że na K2 nie ma żadnego wejścia. Trzeba mieć wiele szczęścia, żeby trafić na odpowiednią pogodę. Jest to niezwykle trudna technicznie góra, na którą nawet najłatwiejsza droga, Żebrem Abruzzi, jest o wiele trudniejsza niż wejście na Everest. Stąd tyle tragedii na K2. Stąd legenda tej góry.

Przed wyjazdem na K2 żona miała złe przeczucia:

- Znam przecież Jurka, miałam powody do obaw. Maciek, starszy syn, prosił mnie: już nigdy nie puść tatusia w góry. Miał prawie osiem, lat, więc już sporo rozumiał. Jurek miał przedtem czarną serię: trzy kolejne wyprawy i trzy tragedie! Kilka razy stawiałam veto i kilka razy musiałam kapitulować. Wziął się na sposób: nigdy nie mówi o swoich planach, a potem, któregoś dnia oświadcza: jadę na K2... Bałam się tej góry. Nie mogłam pozbyć się tych złych przeczuć.

Żona przecież wie, że najpierw dociera informacja o tragedii. Potem jest długa cisza. Dopiero druga informacja jest bardziej szczegółowa. Wie czym są godziny oczekiwania na tę drugą informację. Pewnie nie wie natomiast, że on w tym samym czasie też się boi. Nie o rodzinę, to „o tym się myśli raczej w bazie, przed wspinaczką on boi się góry...

Trochę dziwnie brzmią w ustach Kukuczki słowa „lęk”, „strach”.

- Dlaczego dziwnie? Jest to jedyne uczucie, jakie towarzyszy mi nieodłącznie od momentu rozpoczęcia do momentu zakończenia wspinaczki. Inne pojawiają się i znikają, a lęk pozostaje. Trudno mi nawet wyobrazić sobie sytuację, że mogę wspinać się bez uczucia strachu. Kiedy spostrzegę, że przestałem bać się gór na zawsze zrezygnuję ze wspinaczki.

 

NIE MA ŻADNEJ EUFORII NA SZCZYCIE

Satysfakcja. To uczucie nigdy nie eksploduje Jest jakby przygniecione cholernym zmęczeniem, nadludzką koncentracją. Jakby zamrożone. Inaczej z radością:

- Największą dają mi ostatnie metry przed szczytem, kiedy już wiem - na pewno go osiągnę, to tylko kwestia kilkunastu minut. Wiem wówczas co odczuję: wielką ulgę, że nie muszę iść dalej, że nie muszę piąć się wyżej.

Obrusza się: Shisha Pangma nie jest ostatnim ośmiotysięcznikiem, na który wszedł.

- Myślę, że jeszcze uda mi się stanąć na jakimś. Shisha Pangma jest ostatnim szczytem w pierwszym poważnym bilansie Kukuczki - zdobył 14 ośmiotysięczników w ciągu 8 lat. Na 11 wszedł nowymi drogami na dwa zimą, jeden zdobył solo. Na Shisha Pangma stanął ,18 września 1987 roku krótko po godzinie 17 wraz z Arturem Hajzerem. Obaj dopięli celu: dla Artura byt to pierwszy ośmiotysięcznik.

- Nie ma żadnej euforii na szczycie. Po prostu siadasz i oddychasz. Zmuszasz się do zrobienia kilku zdjęć. Naprawdę musisz się zmusić, bo jedynym twoim marzeniem jest choćby chwilę posiedzieć. Bo już świdruje cię myśl, że musisz schodzić. Że za moment czeka cię ta sama mordęga. To, co się nazywa smakiem zwycięstwa, przychodzi później. Powoli. Już w bazie, kiedy wypijesz coś gorącego, zjesz przyzwoity posiłek, położysz się we własnym śpiworze. Wtedy z wolna zaczynasz odmarzać, zaczynasz czuć satysfakcję. Powoli dociera do ciebie, że byłeś na szczycie. Że i tym razem się udało.

W kalendarzu robił notatki. Pod datą 19 września 1987 roku zapisał: „Rano zakładam narty. Przypięcie jest strasznie męczące. Zbocze bardzo lawiniaste. Czy zdołam się utrzymać? Jak dobrze, że dziś nie musimy iść na szczyt...”

Objaśnia ostatnie zdanie:

- Do grani szczytowej doszliśmy bardzo późno i zastanawialiśmy się, czy zabiwakować i odłożyć atak szczytowy do następnego dnia, czy ruszać od razu. Wybraliśmy wariant drugi. Biwak więc wypadł poniżej szczytu, a zatem rano odczułem ulgę, że już nie muszę tam iść.

Z kalendarza:

„... Zaczynam zjazd, ale po chwili przewracam się z powodu ciężkiego plecaka. Nie mogę utrzymać nóg. Nogi mam jak z puddingu. Na tej wysokości, w tym ciężkim śniegu trudno jednak kręcić. Zjazd trwa cały dzień. Wieczorem docieramy do bazy”.

Dwa tygodnie później zdjęcia Kukuczki zjeżdżającego na nartach z ośmiotysięcznika wykonane przez Wandę Rutkiewicz trafią do producenta nart, do sponsora wyprawy na Shisha Pangma. Tym samym spełnione zostają warunki kontraktu. Specjaliści od reklamy przedstawią projekty jak je wykorzystać.

Dwa tygodnie później Kukuczkę na Okęciu wita żona. Nazajutrz wracają do Katowic.

- Jurek zawsze oswaja się z mieszkaniem. Chodzi. Dotyka wszystkiego. Pierwsze noce po powrocie cale są przegadane.

- Najchętniej nic bym nie robił przez dwa tygodnie. Marzę, żeby pogrążyć się w lenistwie. Interesują mnie plotki. Wysłuchuję wszystkich plotek o rodzinie, znajomych. Kto z kim, kto komu, kogo za co. Ale niestety trwa to krótko. Telefony, które słyszysz, już podkręcają obroty. Każdy jest ważny. Każdy przynosi coś nowego. Każdy może być propozycją nowego sponsora, a więc nowej wyprawy.

 

Lhotse, góra z której J. Kukuczka już nie powrócił. Foto: J. Kukuczka

Foto: J. Mirecki,
Źródło: Archiwum J. Kukuczki

© 2016 Jacek Waloch | design: Nu Graphics