Studiowaliśmy w jednej grupie. Nasz kontakt urwał się wraz ze śmiercią Grzegorza. „Portret” powstał w czasie, kiedy już nie było „Republiki”, a „Obywatel G.C.” dopiero powstawał. Paradoks: nie posiadałem ani jednego zdjęcia Grzegorza. Poprosiłem o wsparcie Małgorzatę Potocką. Portret, który widzicie, jest jednym z ostatnich zdjęć, jakie zostało zrobione przez nią Grzegorzowi. Dziękuję Małgosiu.

 

Grzegorz Ciechowski – Światy Kaspara Hausera

 

 

JAK UPADŁA „REPUBLIKA”

Twórca i prezenter najbardziej fachowej i powszechnie słuchanej listy przebojów Programu III Polskiego Radia, Marek Niedźwiecki:

- „Republika” była absolutnym rekordzistą na tej liście, bo wszystkie utwory (nie licząc poprzednich, nigdy nie wydanych na płytach) z płyty „Nowe sytuacje” znalazły się w błyskawicznym tempie na pierwszym miejscu. Dziesięć utworów, dziesięć pierwszych miejsc. Przez kilkadziesiąt tygodni „Republika” nie miała żadnej konkurencji. Nie było po prostu w Polsce drugiej grupy rockowej, której każdy utwór, mierzony skalą listy przebojów, osiągałby wyłącznie najwyższe noty.

Sukces ten nie ma żadnych tajemnic. Wynikał z doskonałego sprzęgnięcia w jedną całość kilku materii - słowa, muzyki i interpretacji - które można natychmiast skonfrontować z rzeczywistością za oknem. Każdy utwór „Republiki” pasował do wyobrażeń o tej rzeczywistości.

Teksty utworów Ciechowskiego dalekie są od dosłowności realizmu i tym łatwiej odnosić je do sytuacji i zjawisk osaczających i atakujących młodzież każdego dnia na początku lat osiemdziesiątych. Dają poręczny wytrych do otwierania skomplikowanych problemów bez konieczności ich głębszego zrozumienia. Upraszczają to wszystko, co dookoła skomplikowane. Utrzymane w nieco mrocznej poetyce lektur i filmów science-fiction tworzą kod czytelny dla całej generacji, a nawet pokolenia. Ich interpretacja wokalna rozbijająca słowa („komunikaty... ko-munika... ko... komuni... ko-mu???”) na oddzielne cząstki potęguje ekspresję i przemawia do wyobraźni. Jak w przemówieniu polityka, jak w informacji z telewizyjnego dziennika, jak w haśle na propagandowym plakacie... Jak dookoła.

Autorem wszystkich tekstów i muzyki do nich był lider zespołu, Grzegorz Ciechowski, wokalista, który nie miał poprzedników i nie będzie miał następców.

Pierwszych – dlatego, że w sens śpiewanych przez niego utworów wpisany jest sposób ich interpretacji.

Drugich – dlatego, że każda inna próba rozbijania słowa na wiele cząsteczek dźwiękowych odczytana zostanie natychmiast jako naśladownictwo, jeśli nie plagiat.

Druga płyta „Republiki” ukazuje się również w okładce w czarno-białe ukośne pasy, ale... elementem graficznym jest nadpalony brzeg. Przypadkowy efekt plastyczny? Dziś wiadomo, że nie. I to nie tylko dlatego, że płyta nie powtórzyła już sukcesu swej poprzedniczki.

- Kosztem niewielkich kompromisów można było utrzymać zespół - mówił Grzegorz Ciechowski - wiedziałem jednak, że najwyżej przez rok, dwa udałoby się utrzymać ten, już wtedy sztuczny, twór, w którym wypaliły się wszelkie napięcia pobudzające do twórczych działań. Decyzja zapadła w sposób dramatyczny: w ciągu minuty, podczas sesji nagraniowej,

„Republika” przestała istnieć. Stało się tak dlatego, że jedną nogą tkwiłem już od pewnego czasu w innym świecie i inne było moje myślenie o tym, co chcę robić w przyszłości. Dramat polegał także na tym, że w ciągu jednej chwili zerwałem z całą swoją przeszłością i członkami zespołu, nawet w sensie towarzyskim, ale nie miałem w ręku żadnych konkretów, które określałyby moją przyszłość.

Czarno-białe, ukośne, pasy – graficzny symbol „Republiki” przeszły do bogatej historii polskiego rocka lat osiemdziesiątych.

 

OJCOWIE „OBYWATELA G.C.”

Wynajmowany dom odległy o godzinę jazdy autobusem od centrum Warszawy. W obszernym salonie dominuje czerń. Czarne zasłony w dużych oknach przysłaniają widok.

Na niski stół narzucona jest czarna serweta. Pijemy kawę z czarnych filiżanek po późnym obiedzie podanym na czarnych talerzach. Nowy image?

- To tylko chęć bycia kojarzonym z określonym znakiem. Nic więcej.

Ciechowski wie doskonale, że czasy, kiedy „Republika” wylansowała pewien styl ubierania się, pozwalający natychmiast rozpoznać jej fanów, minęły. Bezpowrotnie. Nie tylko muzyka, słowa, sposób śpiewania i ubierania kształtują nastroje. Nastroje wyrastają z miąższu czasów, reszta jest tylko ich pożywką. A czasy się zmieniają. Dziś mniej już zapalczywości, emocji i niezgody na rzeczywistość. Czasy jakby bardziej dorosłe.

Łyk kawy i kontynuuje:

- „Obywatel G.C.”, jest płytą „od lat 18”. Na progu różnych okresów w życiu mają miejsce wydarzenia, które są zrozumiale dla ludzi w podobnym wieku, z podobnymi do-świadczeniami. Dziś mam trzydzieści lat i ponieważ identyfikuję się w sensie intelektualnym i emocjonalnym z materiałem zawartym na płycie, liczę, że łatwiej mi będzie nawiązać kontakt z dorosłą częścią odbiorców, niż z nastolatkami, którzy „Republice” narzucali swoje oczekiwania.

Na okładce projektu Małgorzaty Potockiej, aktorki, producentki i kreatorki wizerunku, z którą Grzegorz Ciechowski tworzy rodzinno-artystyczny tandem, widnieją nazwiska muzyków, których trudno ot, tak, po prostu zaprosić do studia na wspólne nagranie: Michał Urbaniak, który po raz pierwszy od czternastu lat wszedł do polskiego studia nagrań, bracia Ścierańscy, znakomita sopranistka pamiętana z wielu ról operowych, Agnieszka Kossakowska. Te nazwiska połyskują wśród wielu innych kojarzących się z niemałymi dokonaniami w muzyce.

Kiedy pytam Grzegorza, jak to się stało, że - powiedzmy - Urbaniak zdecydował się zagrać na saksofonach, odpowiada:

- Miałem szczęście, Michał akurat był w Polsce, słyszał to, co robiłem wcześniej i się zgodził.

Dziewięcioletnia Matylda z naturalną swobodą porusza się w przestrzeni holu z jednej strony ograniczonej elektronicznym Instrumentem „Yamaha DX-5”, na którym powstały wszystkie utwory „Obywatela G.C”, z drugiej pokaźnych rozmiarów - na pierwszy aut oka - obrazem wypełnionym gęsto fantasmagorycznymi robaczkami...

- To scenopis filmu o Bogusławie Schaefferze, który niedawno ukończyłam - wyjaśnia Małgorzata - Schaeffer sam go wykonał!

Rozumiem... wybitny przedstawiciel tzw. „trzeciego nurtu” w muzyce, kompozytor uprawiający m.in. muzykę wizualną i graficzną mógł tak właśnie widzieć poszczególne sceny w filmie o sobie...

Matylda jest ekspertem od tajemnic życiorysu Kaspara Hausera. Proszę bardzo, może wyjaśnić dlaczego Grzegorz w utworze pod tytułem „Kaspar Hauser” powtarza tylko trzy słowa: „Nie jestem sam”. Przecież to proste - siedząc w piwnicy, nigdy nie widząc nikogo, Kaspar był przekonany, że jest sam na świecie, a jedzenie, które codziennie znajdował obok siebie samo się rodzi. Kiedy wyszedł, musiał długo powtarzać sobie, że nie jest sam, zanim zrozumiał, że może istnieć jakiś inny świat. . .

Matylda jeszcze nie musi rozumieć dlaczego najnowszą twórczość Grzegorza Ciechowskiego zdominowały dwa wrośnięte w kulturę europejską archetypy: Kaspar Hauser i Józef K., bohater „Procesu” Franza Kafki.

- Archetyp związany z postacią Kaspara Hausera odczuwam niezwykle sugestywnie. Staram się ciągle na nowo odkrywać świat, jak najczęściej wychodzić z piwnicy własnych przyzwyczajeń myślowych, z piwnicy stereotypów i ocen świata, związków kobiety z mężczyzną i człowieka światem. Przechodzenie z jednego doświadczenia do drugiego pozwala mi utrzymywać w sobie bodźce twórcze.

Bez tego nie mógłbym pisać w coraz to inny sposób o tych samych, w gruncie rzeczy, sprawach: o miłości i wojnie, o człowieku naszych czasów i jego lękach. Hauser jest postacią niezwykle dla mnie ważną, ale jest tylko jedną stroną medalu.

Drugą stronę odsłania „Odmiana przez osoby. Nieodwołalny paradygmat Józefa K.” – utwór umieszczony na jednym z singli. Tytuł może nieco pretensjonalny, ale okoliczności, w jakich powstał, usprawiedliwiają jego zawiłość, a jednocześnie paradoksalnie dopełniają sensu...

Podtytuł „Nieodwołalny paradygmat Józefa K.” został ad hoc dopisany w biurze i na życzenie urzędnika, który jako utytułowany humanista nie omieszkał wyrazić zadowolenia i podziwu dla nowego, pełnego brzmienia tytułu piosenki.

- Jestem obywatelem raczej mało systematycznym, ciągnącym za sobą długi ogon nie załatwionych spraw, które w monstrualnych mutacjach powracają i osaczają. W metaforze wygląda to tak: czuję się jak kula śniegu ze znanego porzekadła. Kiedyś wyląduję w jakiejś celi za niezapłacenie podatku, rachunku telefonicznego, biletu za przejazd. Do drzwi może zastukać egzekutor jakiejś instytucji istniejącej w... mojej jaźni Chodzi mi o pewną strukturę zagrożenia która rozrasta się w świadomości człowieka XX wieku. W utworach, które znalazły się na dwu poprzednich płytach, pojawiały się takie właśnie metafory osadzone w konwencji – nazwijmy ją social-fiction. Aktualnie jestem bliżej sformułowań dotyczących nas wszystkich bezpośrednio, dotyczących ustawicznego odsuwania wyroków, które kiedyś mogą zostać nam odczytane. W tym sensie nawiązuję do postaci Józefa K. Rozumiem jego zagrożoną psychikę.

Kaspar Hauser i Józef K. stali się bliżsi Ciechowskiemu niż bohaterowie powieści Kurta Vonneguta, którzy dotąd mogliby bez trudu zrozumieć ów kod jaki zawierały wcześniejsze utwory. Mimo iż Vonnegut „raczej wszystko przewraca, niż buduje”, Ciechowski przyjął zamówienie napisania muzyki do spektaklu teatralnego przygotowywanego przez jednego z młodych reżyserów warszawskich na motywach „Syren Tytana”. Po próbie generalnej zabrał taśmę z nagraniem i podziękował za zaproszenie.

- To okazało się nieporozumieniem - tłumaczył - Zanosiło się na wydarzenie artystyczne, ale reżyser nie zapanował nad materią spektaklu. W tym, co zobaczyłem, nie chciałem uczestniczyć.

Taśma z nagraniem trafiła jednak do Kurta Vonneguta. Małgosia oprawiła w ramkę odpowiedź - będzie mobilizować. List, który przystał autor „Rzeźni nr 5”, oprócz podziękowania, informacji, co dalej dzieje się z taśmą i opinii o muzyce zawiera coś więcej: Ciechowski otrzymuje placet autora do wykorzystywania jego utworów w swej twórczości.

Jest jeszcze więcej: konkretne sugestie, które w niedalekiej przyszłości mogą nabrać znaczenia, ale – szkoda – „za wcześnie jeszcze o tym pisać w sposób bardziej precyzyjny”.

 

KARIERA ZA GRANICĄ?

Ciechowski ma sporo doświadczeń związanych z tzw. „karierą na Zachodzie”. Pewna angielska firma wydała w Wielkiej Brytanii w płytę „Republiki” w specjalnie przygotowanej wersji, która w ocenie krytyków muzycznych uzyskała trzy i pół gwiazdki w skali pięciogwiazdkowej.

Były liczne koncerty zespołu za granicą. Były obiecywane „złote góry”. Były…

- Karierę na Zachodzie, w powszechnym odczuciu, wiąże się z przelicznikiem dolarowym. Owszem, pieniądze są ważne – ale w moim odczuciu – najważniejsze jest to, żeby zachodni producent przystał na warunki, w których mógłbym tworzyć to, co robię w Polsce. Nie wyobrażam sobie siebie poddającego się zabiegom producentów dużej wytwórni płytowej: „Teraz zrobimy pana na postpunka, będzie pan śpiewał w taki a taki sposób utwory, które zostały odpowiednio zaaranżowane, a tutaj jest pańska gaża”. Wydaje mi się, że nie jestem na tyle uniwersalny i komunikatywny w tym co robię, żeby rzucić wszystko tutaj, jechać tam i przez dłuższy czas próbować - albo się uda, albo się nie uda. Na taką decyzję mógł się zdobyć Staszek Sojka, któremu się wspaniale powiodło, gdyż zawsze robił rzeczy uniwersalne, które z równym powodzeniem mogły być nagrywane w każdej wytwórni na świecie. Dla niego bycie tam jest sytuacją naturalną. Staszek śpiewa po angielsku jak po polsku, proponuje też rodzaj muzyki, który wszędzie jest czytelny.

Ostatnio swoje teksty sam zacząłem pisać po angielsku, gdyż żaden tłumacz mnie nie zadowolił, ale nie do końca udaje mi się zapanować nad materią tego języka. Coś mi się wymyka, zatracam w jakimś momencie tę dosadność wypowiedzi, która doskonale brzmi w moim języku. I dlatego nigdy nie miałem tej tęsknoty, żeby zrobić karierę na Zachodzie. Wiem również, że to, co robię jest wyborem z nie tak szerokiego wachlarza możliwości, jakim dysponują inni artyści. Staram się więc operować na tym polu, które dobrze znam. Wiem doskonale, że jako muzyk rockowy żadnej kariery na świecie nie zrobię, ale pozostają jeszcze inne pola, na których czuję się wyzwolony i poruszam się bez żadnych kompleksów…

W ostatnim czasie napisał kilka nowel, szkiców do scenariuszy filmowych, muzykę do filmu i parę tekstów dla innych wykonawców. Obawia się „zmęczenia materiału”, stąd to rozszerzenie dziedzin twórczych.

Kiedy Ciechowski rozpoczynał studia polonistyczne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i na zajęcia zjawiał się - jak mówiliśmy - z „fujarą", czyli z fletem, na którym grał w studenckim zespole „Res Publica”. Czasami nagrali coś dla lokalnej rozgłośni radiowej i to był wtedy sukces...

- A kilkanaście lat temu nawet tego fletu nie miałem. Byłem jedynym z mojego rodzeństwa, który edukację w szkole muzycznej ukończył w pierwszej klasie, podstawowej, żeby nie było wątpliwości. Nie widzę wiec żadnych przeszkód w tym, żeby poszukiwać coraz to nowych form wyrazu, zwłaszcza jeśli one same wpadają w moje ręce. Bo jeśli reżyser, któremu zrobiłem muzykę do jego filmu, proponuje mi udział przy pisaniu scenariusza i zamawia po raz drugi muzykę, to ja nie mówię, że nie jestem fachowcem. We współczesnym świecie artysta musi być multimedialny i umieć łączyć parę dziedzin i warsztatów.

Na co dzień nikomu nie przychodzi do głowy, żeby zamiast „teksty” Ciechowskiego powiedzieć „wiersze” i że można by je wydać jako zbiór poezji. Bo to jest poezja. Wcale nie inna niż ta, tworzona przez innych znakomitych poetów „z licencją”. Muzyka i interpretacja wokalna są formą jej wyrazu. Kto wie, czy nie najbardziej nośną.

- Nie chcę oceniać, co jest ważniejsze: wydanie tomu poezji i spokojne czekanie na odzew krytyki, czy poddanie się lawinie sukcesów, jaka spadła na mnie po ukazaniu się pierwszej płyty. Wtedy zdałem sobie sprawę, jak trudno byłoby o taką szansę w docieraniu do odbiorcy. Choćbym wydał tom swoich wierszy w nakładzie miliona egzemplarzy i wszystkie zostałyby kupione, to nie miałbym nawet połowy tej szansy! Dziś, kiedy myślę, że stawiałem odbiorców (lub wrogów) mojej twórczości wobec konieczności ustosunkowania się do niej, gdyż włączali radio - piosenki, kupowali gazetę - wywiad i zdjęcie, zasiadali przed telewizorem - moja twarz i moja muzyka, to widzę w tym jedynie pewien fenomen socjologiczny. Dziś mogę spokojnie rozejrzeć się dookoła i zobaczyć, jakie mam inne możliwości.

 

 

© 2016 Jacek Waloch | design: Nu Graphics